Szczęki na Adriatyku: "Patrzyłem prosto w oczy wielkiemu żarłaczowi białemu"

W 2008. roku bliskie spotkanie z żarłaczem białym, w pobliżu chorwackiej wyspy Vis, miał Słoweniec Damjan Pesek. Jak opowiada, poczuł silne uderzenie w nogę, po czym woda wypełniła się jego krwią. Ledwie zdołał się obrócić; wielki rekin wpatrywał mu się prosto w oczy. Krwiożercza bestia chwyciła go za lewą nogę i niemalże ją odgryzła - rekin rozszarpał mu mięsień podudzia, uszkodził tętnice oraz nerwy, umożliwiające ruch stopą.

Pesek płynął w kierunku łódki, do pasa miał przywiązaną schwytaną wcześniej rybę seriolę; w ręku trzymał podwodny karabin. Wiedział, że kwestia jego przeżycia roztrzygnie się w ciągu najbliższych sekund. "Widziałem go, był wielki i biały. Patrzyliśmy sobie w oczy. Znów natarł. Byłem przerażony. Złapałem go za skrzela i wbiłem mu nóż w brzuch; dzięki temu potwór na chwilę się oddalił". Ogarnięty paniką Damjan Pesek wypłynął na powierzchnię. Krzyczał do przyjaciół, prosząc o pomoc. Ostra płetwa sunęła w jego kierunku, była coraz bliżej i bliżej. Mógł tylko biernie przyglądać się wyścigowi - kto będzie szybszy, rekin czy przyjaciele. Przyjaciele byli szybsi zaledwie o sekundę - opowiadał lekarzom z lublańskiego instytutu rehabilitacji Damjan Pesek.

Rannego płetwonurka natychmiast przetransportowano do lecznicy na wyspie Vis, a stamtąd, helikopterem wojskowym, do centrum klinicznego w Splicie. Do końca życia będę wdzięczny lekarzom ze Splitu - wspomina Pesek. Dalsze leczenie i rehabilitację kontynuował w Lublanie. "Znam każdy najmniejszy port i każdą zatoczkę Adriatyku, jak własną kieszeń. Zawsze wszystkim powtarzałem, że nie jest możliwe spotkać żarłacza białego na Adriatyku; i proszę... los zadrwił ze mnie - ja sam natknąłem się na rekina i ledwo uszedłem z życiem ze spotkania z nim" - wspomina Damjan Pesek, dodając jednocześnie, że nie zgadza się ze zdaniem chorwackich naukowców, którzy twierdzą, jakoby rekina zwabiła krew cieknąca ze schwytanej ryby; "to głupota - złowiona seriola nie popuszczała krwi" - mówił. Specjalista wojskowy i instruktor nurkowania ze Słowenii miał szczęście. Wprawdzie został inwalidą na całe życie, ale udało mu się wyjść cało z paszczy morskiej bestii.

Żarłacz biały to duże i masywne stworzenie o drapieżniczej naturze.

Drapieżnicza natura żarłaczy uwidacznia się u tych zwierząt już w okresie rozwoju macicznego, kiedy to silniejsze osobniki pożerają słabszych członków własnego rodzeństwa. Samica żarłacza wydaje na świat od 2 do 14 młodych - informuje prof. Alen Soldo, czołowy specjalista w dziedzinie ichtiologii. "Te krwiożercze bestie mogą ważyć nawet dwie tony i urosnąć maksymalnie do 6,4 metra. Chociaż, są tacy, którzy zaklinają się, że widzieli dziewięciometrowe rekiny." - mówi profesor. Żarłacz biały najczęściej zdradza swoją obecność wystawiając górną płetwę ponad powierzchnie wody, co nie znaczy, że nie zapuszcza się na głębiny; niektóre osobniki nurkują na głębokość 1300 metrów. Największy złowiony w Adriatyku żarłacz miał 5,7 metrów; został złapany latem 2003. niedaleko chorwackiej wysepki Jabuka. Jego obecność była spowodowana migracją tuńczyków, które stanowią dla tego zwierzęcia główne źródło pokarmu - wyjaśnia prof. Soldo, dodając jednocześnie, że żarłacze żywią się również innymi przedstawicielami własnego gatunku, płaszczkami, delfinami oraz fokami. Obserwacje zachowań żarłaczy pozwoliły ustalić, że napadają one ludzi z powodu zwykłej ciekawości. Zazwyczaj tylko do nich podpływają i "nieznacznie nadgryzają"; chcą sprawdzić, czy napad będzie opłacalny, tzn., czy ilość pozyskanych kalorii zrekompensuje ilość zużytej energii. Posiadają od 5 do 6 rzędów 7-centymetrowych zębów i potrafią ugryźć z siłą kilku ton/cm2; ich ofiary giną najczęściej z powodu wykrwawienia. Gatunek jest zagrożony z powodu częstego poławiania. Łowienie tych rekinów w morzu Adriatyckim jest zabronione. Kara dla osoby fizycznej to od 7.000 do 30.000 kun, a dla osoby prawnej - nawet 200.000 kun.

Spotkania z niebezpiecznym rekinem

Najniebezpieczniejsze są wody wokół RPA i Australii - tam żarłacz biały napada najczęściej. Bywa we wszystkich morzach, ale najbardziej lubi wody typu umiarkowanego. W ciągu ostatnich 140 lat żarłacz biały odwiedził morze Adriatyckie około 60 razy. Pierwsze, śmiertelne dla człowieka spotkanie z rekinem miało miejsce w roku 1868., u wybrzeży Triestu. Kolejna ofiara żarłacza straciła swoje życie 60 lat później, w pobliżu brzegów chorwackiej wyspy Susak. W 1955. od szczęk rekina ucierpiała osoba kąpiąca się u wybrzeży miasta Budva, a w latach 1961 oraz 1971 podobne pechowe doświadczenie spotkało dwie inne osoby, w wodach u wybrzeży miasta Opatija. Ostatnia zanotowana ofiara rekina to niemiecki turysta, który ucierpiał w roku 1974., nieopodal miasta Split.

Autor: 
Rafał Lenartowski
Źródło: 

plportalpl

Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.