Smutna historia najskuteczniejszej metody uczenia na świecie

Reklama

pon., 11/22/2021 - 06:37 -- zzz

Istnieje metoda nauczania, która według prawie wszystkich badań naukowych jest najlepsza. A jednak nawet w USA stosuje ją tylko ok. 1 proc. szkół. A to dlatego, że nie podoba się nauczycielom. Opisuje to Ian Ayres w książce „Super Crunchers: Why Thinking-By-Numbers is the New Way To Be Smart”.

 

Chyba wszyscy widzieli słynną scenę z filmu dokumentalnego Michaela Moore’a „Fahrenheit 9.11” z 2004 r. z ówczesnym prezydentem USA George’em Bushem na lekcji w jednej z amerykańskich szkół na Florydzie. Reżyser pokazał ten właśnie moment, ponieważ wtedy do Busha podszedł szef gabinetu prezydenta USA Andrew Card, nachylił się i po cichu poinformował go, że drugi samolot uderzył w drugą wieżę World Trade Center.

Mało kto zwrócił wówczas uwagę, dlaczego prezydent USA znajdował się akurat w tej szkole. Otóż jak opisuje Ayres w publikacji (jej polski tytuł to „Ludzkie komputery: Dlaczego myślenie liczbami to nowy sposób na bycie inteligentnym”), prezydent zaprosił dziennikarzy, by pokazać im unikatową metodę uczenia dzieci zwaną direct instruction, czyli bezpośrednia instrukcja (BI).

Najciekawsze jest, że to najskuteczniejsza metoda uczenia, jaką znamy, a dowody na to istnieją od lat 60. XX w. W 1967 r. prezydent USA Lyndon B. Johnson w ramach wojny z biedą postanowił w naukowy sposób ostatecznie rozstrzygnąć, jaki sposób uczenia dzieci przynosi najlepsze rezultaty, tak by nikt w USA już nigdy nie musiał doświadczać ubóstwa z powodu słabszej edukacji.

Unikatowa metoda uczenia dzieci zwana direct instruction, czyli bezpośrednia instrukcja (BI) to najskuteczniejsza metoda uczenia, jaką znamy, a dowody na to istnieją od lat 60. XX w.

Przez 20 lat monitorowano 79 tys. dzieci, a później dorosłych (badanie kosztowało 600 mln dolarów), testując na nich 17 całkowicie różnych metod nauczania. Jedne kładły nacisk na najefektywniejsze uczenie podstawowych umiejętności, jak znajomość słownictwa i arytmetyka, inne zwracały uwagę na uczenie rozwiązywania problemów, jeszcze inne koncentrowały się na kultywowaniu pozytywnego nastawienia do nauczania i wysokiego poczucia własnej wartości.

Okazało się, że najlepsze wyniki w testach na czytanie, literowanie, posługiwanie się językiem i z matematyki miały dzieci uczone z użyciem bezpośredniej instrukcji. Uczeni innymi metodami nie uzyskali wyników nawet zbliżonych do wyników uczniów, u których stosowano BI. Co więcej, uczniowie uczeni za pomocą BI osiągnęli także lepsze rezultaty w sprawdzianach badających umiejętność wnioskowania znaczenia słowa z kontekstu. Bezpośrednia instrukcja bardziej podniosła poczucie własnej wartości u dzieci niż wiele metod, które tylko na tym się koncentrowały.

Analizy potwierdziły prawdziwość wniosków ze stosowania metody. Mimo to nawet w USA ten sposób nauki jest stosowany tylko w 1 proc. szkół. Dlaczego?

Choć od badań minęło ponad pół wieku, to kolejne analizy tylko potwierdziły prawdziwość wniosków ze stosowania metody. Mimo to nawet w USA ten sposób nauki jest stosowany tylko w 1 proc. szkół. Dlaczego? Dlatego że nie podoba się nauczycielom. Otóż, po pierwsze, całkowicie zmienia sposób, w jaki dzieci są dzielone w szkołach, czyli według wieku. BI wymaga, by uczący się w jednej grupie mieli podobny poziom umiejętności. Tak więc w szkole uczącej według tej metody na każdym przedmiocie dziecko uczyłoby się z innymi dziećmi, często starszymi albo młodszymi od siebie.

Po drugie, nauczyciele dostają szczegółowo rozpisane scenariusze, co mają w danym momencie powiedzieć. Wielu z nich uważa, że to zabiera im wolność prowadzenia zajęć. Jest to także sprzeczne z mitem propagowanym w wielu hollywoodzkich filmach, że do skutecznej nauki potrzeba wyjątkowego, inspirującego belfra, który swoim entuzjazmem porwie uczących się.

Ponadto spora część nauki, szczególnie w przypadku nauczania początkowego, polega na głośnym powtarzaniu przez wszystkich czytanego tekstu (dlatego grupy w metodzie BI zwykle mają 5–10 osób, tak by nauczyciel mógł kontrolować, czy wszyscy są aktywni i biorą udział w zajęciach).

Nauczyciele dostają szczegółowo rozpisane scenariusze, co mają w danym momencie powiedzieć, a spora część nauki, szczególnie w przypadku nauczania początkowego, polega na głośnym powtarzaniu przez wszystkich czytanego tekstu.

Twórca bezpośredniej instrukcji profesor Siegfried Engelmann ufundował kilkadziesiąt lat temu nagrodę w wysokości 100 tys. dolarów dla kogoś, kto odkryje metodę skuteczniej uczącą dzieci niż BI. Do tej pory nikt się nie zgłosił. Engelmann twierdził, że opór pedagogów wynika z konieczności stosowania dokładnych scenariuszy lekcji, co sprawia, że nauczyciele zostają pozbawieni władzy w klasie. Już nie oni decydują, co się będzie działo na lekcjach.

Autor „Super Crunchers” opisuje przykład metody BI, by uświadomić, że wieszczone nadejście czasów, w których ilość gromadzonych danych pozwoli nam podejmować najlepsze możliwe decyzje, może tak szybko nie nadejść. Bo jak pokazuje przykład profesora Engelmanna, nawet twarde dowody naukowe na wyższość jakiegoś rozwiązania mogą nie wystarczyć, by je wprowadzić w życie, jeżeli to rozwiązanie uderza w interesy wpływowego lobby.

Ta teza przewija się przez całą książkę. We wstępie autor opisuje przypadek profesora ekonomii Orleya Ashenfeltera z Princeton University. Ashenfelter jest miłośnikiem win z Bordeaux oraz statystyki i postanowił połączyć te pasje, tworząc ekonometryczny wzór pozwalający ocenić, nawet przed spróbowaniem wina, jak dobre ono będzie. Jak to możliwe?

Otóż akademik założył, że jakość wina zależy od warunków pogodowych, w jakich dojrzewały winogrona. Tak więc mając historyczne dane na temat pogody i smaku win, można oszacować, jak smaczny będzie trunek, a zatem również, ile będzie kosztował. Na przykład każdy centymetr deszczu zimą podnosi cenę wina średnio o 0,00117 dolara. Problem polegał na tym, że tworząc obiektywną matematyczną formułę do oceny jakości wina, Ashenfelter uderzył w interesy tych, którzy żyją ze smakowania i wartościowania trunków.

Tworząc obiektywną matematyczną formułę do oceny jakości wina, Ashenfelter uderzył w interesy tych, którzy żyją ze smakowania i wartościowania trunków.

Jest wśród nich m.in. najbardziej znany w USA krytyk wina Robert Parker, który ma 30 tys. prenumeratorów płacących po 30 dolarów rocznie za jego biuletyn z ocenami win. Nic dziwnego, że Parker określił Ashenfeltera mianem „hochsztaplera”.

 

Warto tu przypomnieć historię węgierskiego doktora Ignaza Semmelweisa, który w 1847 r. na podstawie danych o śmiertelności pacjentów zaczął domagać się od lekarzy, by myli ręce przed ich badaniem. I nie mógł uwierzyć, że nie chcą go słuchać, choć w ten sposób przyczyniali się do śmierci wielu chorych, przenosząc zarazki. Uważali oni bowiem taki nakaz za podważanie ich autorytetu.

„Super Crunchers” to starsza pozycja, na którą trafiłem, szukając informacji o metodzie nauczania bezpośredniej instrukcji. Warto ją przeczytać nawet tylko dla poświęconego jej rozdziału, choć główna teza publikacji jest także interesująca i bardzo na czasie. Polecam z lekkim zastrzeżeniem, że niektóre podane przykłady trącą myszką.

Autor: 
zzz
Źródło: 

obserwatorfinansowy.pl

Reklama