Tylko 3 procent Ziemi pozostaje niezmienioną przez ludzi

Reklama

pt., 08/20/2021 - 01:30 -- MagdalenaL

Karczowanie i zanieczyszczenie środowiska oraz inne działania człowieka wpłynęły na życie wielu gatunków na całym świecie.

Afrykańskie Serengeti wygląda tak samo, jak setki lat temu.

Ogromne stada antylop gnu, liczące ponad milion sztuk, nadal przemierzają sawannę. Lwy, hieny i inne drapieżniki pilnują stad. Dzięki temu ich ofiary nie zjadają zbyt dużo roślinności. Zróżnicowane drzewa i trawy wspierają wiele innych gatunków, od barwnych, zielono-pomarańczowych papużek nierozłączek Fischer'a po żuki gnojowe. Z kolei te gatunki przenoszą nasiona i pyłki przez równiny, wspomagając rozprzestrzenianie się roślin.

Ogólnie rzecz biorąc, Serengeti jest doskonałym przykładem tego, co biolodzy nazywają ekologicznie nienaruszonym ekosystemem. Tętniąca życiem plątanina relacji funkcjonuje dzięki sobie nawzajem. To podtrzymuje bogatą różnorodność życia. Ludzie są tam obecni, ale stanowią tylko niewielką część całości. I nie zaburzają reszty systemu.

Takie miejsca można znaleźć coraz rzadziej. Ekosystemy na prawie całej Ziemi - na oszałamiającym 97 procent - nie są już nienaruszone. Tak wynika z nowego, szeroko zakrojonego badania ekosystemów lądowych na Ziemi. W ciągu ostatnich 500 lat wiele z nich straciło całe siedliska i gatunki. W innych zmniejszyły się populacje kluczowych zwierząt. Zaledwie 3 procent badanych terenów pozostało niezmienionych, donoszą naukowcy w czasopiśmie „Frontiers in Forests and Global Change”.

Nawet nieliczne nienaruszone ekosystemy mogą być zagrożone. Według naukowców tylko około 11 procent z nich znajduje się w obrębie obszarów chronionych. Duża część nienaruszonych terenów pokrywa się z obszarami, które obecnie są lub były w przeszłości zarządzane przez rdzennych mieszkańców tych terenów. Badacze twierdzą, że właśnie ci ludzie często odgrywali istotną rolę w utrzymaniu zdrowych ekosystemów. Wielu również uważa, że jednym ze sposobów ochrony tych siedlisk jest zapewnienie, że społeczności rdzenne zachowają prawa do zarządzania.

Wiele z ostatnich dziewiczych siedlisk znajduje się na dalekiej północy, na przykład w kanadyjskich lasach borealnych lub lodowej tundrze Grenlandii. Żadne z nich nie są przepełnione różnorodnością biologiczną. Jednak kawałki lasów deszczowych w Amazonii, Kongo i Indonezji wciąż są siedliskiem bogatych gatunkowo ekosystemów.

„Są najlepsze z najlepszych. Ostatnie miejsca na Ziemi, które nie straciły ani jednego gatunku, o którym wiemy" - mówi Oscar Venter. Pracuje on na Uniwersytecie Północnej Kolumbii Brytyjskiej w Prince George w Kanadzie. Jest naukowcem zajmującym się ochroną przyrody, ale nie brał udziału w niedawno opublikowanych badaniach. Jego zdaniem kluczowe jest zidentyfikowanie tych ekologicznych klejnotów. Niektóre z nich mogą być zagrożone rozwojem. Wśród nich jest amazoński las deszczowy. Mapowanie, gdzie znajdują się te w dużej mierze niezmienione miejsca, jest pierwszym krokiem w kierunku ich ochrony.

Naukowcy zajmujący się ochroną przyrody od dawna próbują stworzyć mapę wpływów ludzkości. Poprzednie szacunki opierały się na danych dotyczących miejsca zamieszkania ludzi. Inne wykorzystywały zdjęcia z satelitów. Obrazy te mogą ujawnić zmiany fizyczne, takie jak drogi i zniszczone lasy. Mogą one nawet pokazać pośrednie efekty, takie jak zanieczyszczenie światłem. W takich badaniach 20 do 40 procent powierzchni globu wydaje się mało zmieniona przez ludzi.

Ale wiele skutków działalności człowieka może nie być oczywistych, zauważa Andrew Plumptre. Jest on biologiem zajmującym się ochroną przyrody na Uniwersytecie Cambridge w Anglii. „Polowania, wpływ gatunków inwazyjnych, zmiany klimatyczne" - zauważa Plumptre. „To wszystko może zaszkodzić ekosystemom. Jednocześnie nie można ich łatwo wykryć przez satelitę". Wyobraźmy sobie Serengeti z mniejszą liczbą lwów lub hien - albo w ogóle bez nich. Z kosmosu wyglądałoby to tak samo, ale brakowałoby kluczowych gatunków, które pomagają w funkcjonowaniu całego ekosystemu.

Plumptre chciał w inny sposób zmierzyć wpływ ludzi. On i jego koledzy szukali ekosystemów, które nie zmieniły się, gdy populacje ludzkie rosły i rozprzestrzeniały się. Zdefiniowali nienaruszony ekosystem jako taki, w którym występują dziś te same gatunki na tych samych poziomach, co w 1500 r. (Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody liczy wymieranie gatunków od tego roku. Jednak nawet na długo przed tym ludzie zmieniali przyrodę, np. poprzez ubój dużych ssaków).

Gdzie (jeszcze) jest dzikość

Zespół połączył kilka rodzajów istniejących danych. Poszukiwano miejsc, w których siedliska wydają się niezakłócone przez ludzi. Użyto też trzech różnych miar utraty gatunków. Dane obejmowały około 7,500 gatunków zwierząt. Zebrane razem, dane pokazały niezakłócone regiony, które zachowały wszystkie żyjące na nich zwierzęta.

Niektóre gatunki o szerokim zasięgu potrzebują dużych połaci ziemi. Badacze szukali więc najpierw obszarów większych niż 10 000 kilometrów kwadratowych. Tylko 2,9 procent niezakłóconych obszarów lądowych o takiej wielkości nadal zamieszkują wszystkie gatunki, które występowały na nich 500 lat temu. Następnie przyjrzano się mniejszym obszarom, o powierzchni 1 000 kilometrów kwadratowych. Tu odsetek poszedł tylko trochę w górę, do 3,4 procent.

Ekosystem to coś więcej niż tylko to, co się w nim znajduje. Niższa liczba kluczowych gatunków może wyrzucić cały system z równowagi. Badacze podliczyli gęstość populacji 15 rodzajów dużych ssaków. Wśród nich znalazły się goryle, niedźwiedzie i lwy. Łącznie, wybrane gatunki pokrywają większą część globu. Dlaczego duże ssaki? Plumptre wyjaśnia, że odgrywają one ważną rolę w ekosystemach. W ich przypadku istnieją najlepsze dane historyczne. Są one również często pierwszymi, na które wpływ mają ludzcy sąsiedzi.

Ilość niektórych z tych ssaków zmniejszyła się w miejscach, w których inne gatunki pozostały nienaruszone. Tylko 2,8 procent zamieszkałych przez te ssaki terenów jest wciąż ekologicznie taka sama.

Ogólnie rzecz biorąc, liczba nienaruszonych ekosystemów „była znacznie niższa niż się spodziewaliśmy" - mówi Plumptre. „Rozpoczynając badanie, przypuszczałem, że będzie to 8 do 10 procent. To tylko pokazuje, jak ogromny wpływ wywarliśmy na środowisko".

Zrozumieć wyzwanie

Jedediah Brodie jest ekologiem na Uniwersytecie Montana w Missoula. On i Venter obaj zastanawiają się, czy autorzy badania byli zbyt surowi w tym, jak zdefiniowali „nienaruszony".

„Wiele ekosystemów na całym świecie straciło jeden lub dwa gatunki, ale nadal tętnią życiem i są zróżnicowane" - mówi Brodie. W takich miejscach spadek liczebności kilku gatunków nie musi oznaczać katastrofy dla całego ekosystemu. Inne gatunki mogą zająć ich role.

Mimo to, badanie to jest cennym pierwszym spojrzeniem na sytuację. Pokazuje nam, „gdzie świat wygląda tak, jak 500 lat temu i daje nam coś, do czego możemy dążyć" - mówi Plumptre. Identyfikuje również obszary, które mogłyby zostać przywrócone. Naukowcy obliczyli, że przywrócenie do pięciu utraconych gatunków mogłoby przywrócić 20 procent ziemi do jej dawnej świetności.

Ponowne wprowadzanie utraconych gatunków przyniosło dobre rezultaty w niektórych miejscach, na przykład w Parku Narodowym Yellowstone, gdzie zrekonstruowanie populacji wilków przywróciło równowagę ekosystemu. Takie programy mogą nie zadziałać w innych miejscach, ale podjęcie decyzji, jak powinniśmy chronić przyrodę, staje się coraz większym, globalnym wyzwaniem. Plumptre ma nadzieję, że rządzący zwrócą na to uwagę. Jest możliwe, aby „nie tylko chronić tereny takimi jakie są, ale także spróbować zbliżyć je do tego, czym mogłyby być".

Autor: 
Jonathan Lambert / tłum. Karolina Schittko

Reklama