Polak umiera, bo urodził się po złej stronie Odry

Reklama

Obrazek użytkownika koscielniakk
śr., 08/28/2019 - 14:02 -- koscielniakk

Co chwilę słyszymy o kolejnym przełomie. Komórki macierzyste – przełom w okulistyce, podskórne defibrylatory – przełom w kardiologii, medycyna molekularna – przełom w onkologii. Co chwilę słyszymy o kolejnej przełomowej terapii. Tylko co z tego, jeśli polski pacjent w przeciwieństwie do niemieckiego, ma marne szanse na to, by z niej skorzystać. Zdarza się, że umiera tylko dlatego, że urodził się po niewłaściwej stronie Odry.

W ramach naszej nowej kampanii "Prawda" przypominamy wybrane teksty Onetu, które wpłynęły na otaczającą nas rzeczywistość. W najbliższych miesiącach na stronie głównej Onet.pl będą prezentowane kolejne artykuły z serii #WybieramyPrawdę. 

Nadzieja umiera ostatnia i karmi się każdym okruchem. Szczególnie gdy dotyczy chorego na raka, który słyszy, że rozwój medycyny molekularnej jest faktem, że umożliwił opracowanie leków na podstawie badań genetycznych, że spersonalizowane terapie przestały być marzeniem. Tak, są w zasięgu ręki, ale nie każdej.

Jeden z warszawskich szpitali onkologicznych chwalił się na otwarciu, że ma wszystkie dostępne leki i przełomowe terapie na światowym poziomie. A gdy pojawili się pierwsi chorzy i jedna z chorych o nie zapytała, lekarz powiedział, że nic z tego. Bo jest z tym za dużo biurokracji, np. potrzebna zgoda ministra. A poza tym szpital musiałby dopłacić do leku, więc nie starczyłoby na opłaty za prąd i na pensje personelu. Ta pacjentka już nie żyje. Choć skuteczny lek dla niej, w dodatku dostępny w Polsce, po badaniu DNA znaleźli Amerykanie z Fundation Medicine z Bostonu. Polscy lekarze zwlekali z przepisaniem go.

Niedawno zaktualizowano program leczenia raka nerki, więc nadzieja wstąpiła w chorych na ten nowotwór. Później NFZ wydal interpretację, która ograniczyła wielu z nich dostęp do terapii. Do Fundacji Alivia trafił jeden z nich - 36-letni pacjent, mąż i ojciec, który tak właśnie został pozbawiony leczenia. Fundacja próbuje mu pomóc. Czy zdąży? A przecież pacjentowi nowoczesną terapię gwarantuje prawo, więc teoretycznie Polak ma obiecane leczenie zgodne z aktualną światową wiedzą medyczną. Niemiec też, ale nie tylko obiecane – po prostu je dostaje. Coraz częściej polscy pacjenci przeprowadzają się do rodzin, do znajomych mieszkających w Niemczech. Robią, co mogą, by objął ich niemiecki meldunek, podatki, więc i niemiecki system ubezpieczenia zdrowotnego. Bo coraz częściej urodzenie się po tamtej stronie Odry to szansa na uratowanie życia.

A w Polsce? Nadzieja ginie w gąszczu przepisów. Zabijają ją meandry administracyjne, dostępu do terapii pozbawiają pacjentów decyzje bojaźliwych lekarzy, nieprzychylnych urzędników, niemerytoryczne, ale oparte na stosowaniu kryteriów „widzimisię” interpretacje przepisów. Granica między „jest lek na moją chorobę, mam go!” a „jest lek na moją chorobę, ale go nie dostanę, bo nie łapię się na obłożone przedziwnymi obwarowaniami kryteria” jest bardzo cienka. Dlatego pacjentów, którzy zagrożeni śmiertelną chorobą niby mają lek w zasięgu reki, ale po chwili orientują się, że mogą pooglądać go tylko „przez szybę” zamiast zażyć, jest mnóstwo. Niestety, jest ich większość.

Tak, cieszymy się z każdego newsa o tym, że pojawiła się przełomowa terapia, że zarejestrowano nowy, rewelacyjny lek. Łakną tego pacjenci, ich rodziny, lekarze. Tak, bardzo potrzebujemy przełomowych terapii. Przede wszystkim potrzebujemy jednak do nich dostępu. Bo po co nam przełomowe terapie, skoro nie możemy z nich skorzystać, by ratować życie?

Autor: 
Agnieszka Sztyler - Turovsky
Źródło: 

Onet

Zagłosowałeś na opcję 'down'.

Reklama