OPTYMALNIE POWINNIŚMY ROBIĆ 30 TYS. TESTÓW DZIENNIE

Reklama

ndz., 03/29/2020 - 19:57 -- zzz

Diagnostów brakuje już teraz, a Polska – tu eksperci nie mają wątpliwości – powinna wykonywać przynajmniej kilka razy więcej testów dziennie niż w tej chwili. Nie 4,5 tysiąca, a minimum 10-15 tysięcy. Optymalnie – jeszcze więcej, nawet 30 tysięcy.

 

Od 6 kwietnia minimum 50 tysięcy testów dziennie, tydzień później – 100 tysięcy testów, pod koniec kwietnia – 200 tysięcy testów dziennie. To część strategii walki z koronawirusem, którą rekomendują eksperci. Niemiecki rząd ocenia, że w tej chwili przepustowość laboratoriów wynosi 300-500 tysięcy tygodniowo. I zamierza ją jeszcze zwiększać.

Eksperci zdecydowanie zalecają odejście od przeprowadzania testów, które mają potwierdzić zakażenie koronawirusem, na rzecz prewencji. To dzięki takim działaniom, sprzężonym z cyfrowym identyfikowaniem zakażonych i tych, którzy mogą zakażenie przenosić, kilku azjatyckim państwom udaje się jednocześnie panować nad epidemią i nie wygaszać gospodarki.

W piątek 27 marca resort zdrowia poinformował, że w ciągu doby wykonano rekordowe „ponad 4,5 tysiąca testów”. Rekordowe, bo wcześniej nawet nie zbliżyliśmy się do deklarowanej przepustowości 4 tysięcy testów, którą mieliśmy osiągnąć dzięki pracy ponad 30 laboratoriów. Tych ostatnich niemal codziennie jednak przybywa: już w tej chwili, jak wynika z naszych informacji, pracuje ich co najmniej 45, a kolejne przygotowują się do startu. W przeprowadzanie testów na obecność koronawirusa chcą inwestować szpitale, samorządy lokalne (zwłaszcza największe miasta, ale jako jeden z pierwszych decyzję o zakupie sprzętu do laboratorium szpitala podjął Grodzisk Mazowiecki), prywatne firmy.

W ubiegłym tygodniu media obiegła informacja, że do gry weszło duże prywatne laboratorium Warsaw Genomics, które – jako jedyne w Polsce – może w ciągu doby sprawdzić tysiąc próbek. I to nie jest koniec możliwości – firma posiada dwa laboratoria i niewykluczone, że jeszcze zwiększy swoją wydajność.

Jednak na razie to wyjątek, nie reguła. Pozostałe laboratoria mogą wykonywać w ciągu doby od kilkudziesięciu do nieco ponad stu testów. Dlaczego?

– To nie jest prosty test. Badanie jednej próbki trwa kilka godzin. Przede wszystkim mamy do czynienia z wirusem, którym łatwo można się zakazić drogą wziewną. To inny poziom ryzyka, niż przy pracy z innymi próbkami, np. na obecność HIV, WZW czy HCV, które również potwierdza się w testach PCR, ale ryzyko zakażenia jest nieporównanie mniejsze – tłumaczy genetyk i jednocześnie diagnosta laboratoryjny dr Marek Bodzioch.

Samo to wydłuża czas pojedynczego testu: każdą próbkę trzeba odpakować z zachowaniem najwyższej ostrożności, sprawdzić, czy materiał do badania został właściwie zabezpieczony (w przypadku wielu próbek okazuje się, że nie został). To kluczowe, bo SARS-CoV-2 to wirus RNA, które stosunkowo łatwo ulega degradacji pod wpływem temperatury czy czynników chemicznych. Aby wynik badania był wiarygodny, osoba pobierająca próbkę musi dochować wszystkich procedur – tak, by podczas zabezpieczania i transportu RNA wirusa nie uległo zniszczeniu.

Otwieranie próbki i przygotowanie jej do testu wiąże się z uwolnieniem aerozolu, co przy dużej zakaźności wymaga drobiazgowego przestrzegania procedur – czynności te diagności przeprowadzają w specjalnych komorach laminarnych, w których szkło, a w miejscach, w których pracownik wkłada ręce do komory, zaprogramowany strumień powietrza, stanowią barierę przed rozprzestrzenianiem się wirusa.

Problemem zdecydowanej większości laboratoriów, które działają w Polsce, jest to, że gros prac musi być wykonywana ręcznie. To również generuje koszty, bo pracownicy muszą mieć odpowiednie zabezpieczenia (kombinezony!). Próbki finalnie oczywiście sprawdzają maszyny, ale te, które są do dyspozycji, i tak angażują człowieka. Im większy stopień automatyzacji, tym po pierwsze mniejsze ryzyko dla pracowników, po drugie – zdecydowanie większa przepustowość, bo pracownicy angażowani są do tych prac, których nie mogą wykonać maszyny.\

Problem polega na tym, że taki sprzęt jest po pierwsze drogi, po drugie – w tej chwili, nawet gdyby pieniądze na zakup się znalazły, może się okazać niedostępny, bo kolejka chętnych jest bardzo długa, a firmy, które dysponują taką ofertą, w pierwszej kolejności kierują dostawy do krajów, które wcześniej były wiodącymi rynkami dla ich produktów. Polska nigdy dla firm z szeroko rozumianej branży medycznej takim rynkiem, przede wszystkim ze względu na poziom naszych nakładów na ochronę zdrowia, nie była.

Niskie nakłady na ochronę zdrowia to nie tylko braki w sprzęcie laboratoryjnym, odczynnikach, ale – może przede wszystkim – w kadrach. Diagności laboratoryjni to jeden z zawodów medycznych, o których przed pandemią koronawirusa można było usłyszeć niemal wyłącznie w kontekście zapowiedzi protestów płacowych. Trudno wymienić, ile razy siadali do rozmów w Ministerstwie Zdrowia, ile razy podczas obrad Komisji Zdrowia w Sejmie apelowali – choćby podczas prac nad ustawą o minimalnym wynagrodzeniu pracowników wykonujących zawody medyczne – o docenienie roli diagnosty laboratoryjnego w systemie ochrony zdrowia.

– Dziś okazuje się, że jest to zawód absolutnie kluczowy. Tylko że młodych ludzi poziom zarobków i warunki pracy przez ostatnie dekady raczej nie zachęcały do jego wyboru – podkreśla dr Marek Bodzioch. Diagnostów jest więc niewielu, a tylko część z nich może wykonywać testy w kierunku koronawirusa, sam dyplom ukończenia studiów nie wystarczy. Konieczne jest doświadczenie w pracy z testami genetycznymi i jednocześnie – duże doświadczenie w pracy w laboratorium wirusologicznym, bo nie każde laboratorium spełnia standardy do prowadzenia takich badań.

Szpitale, które otwierają lub planują otwarcie swoich laboratoriów, próbują wręcz podkupywać doświadczonych diagnostów z innych laboratoriów. – Mamy w tej chwili rynek pracownika w naszym fachu. Szkoda, że w takich okolicznościach – mówią sami zainteresowani.

Diagnostów brakuje już teraz, a Polska – tu eksperci nie mają wątpliwości – powinna robić przynajmniej kilka razy więcej testów dziennie niż w tej chwili. Nie 4,5 tysiąca, a minimum 10-15 tysięcy. Optymalnie – jeszcze więcej, nawet 30 tysięcy. – Wskazań do wykonywania testów jest więcej. Po pierwsze, powinni być systematycznie i regularnie badani pracownicy ochrony zdrowia, przede wszystkim ci, którzy codziennie mają kontakt z pacjentami i tym samym są narażeni na zakażenie – mówi prof. Bogdan Solnica, były konsultant krajowy w zakresie diagnostyki laboratoryjnej. Takie systematyczne i częste badania powinny być przeprowadzane u pracowników w szpitalach jednoimiennych i oddziałach zakaźnych, ale również u pracowników pierwszej linii, w szpitalnych oddziałach ratunkowych, izbach przyjęć, w zespołach wyjazdowych. – Oni wszyscy powinni mieć badania nawet wtedy, gdy nie mają żadnych symptomów, profilaktycznie.

Brak powszechnego dostępu do testów, brak odpowiednich zabezpieczeń i procedur powoduje, że w kolejnych szpitalach dochodzi do transmisji wirusa nie tylko od zakażonego pacjenta (pacjentów) na personel, ale również między pracownikami oraz między pracownikami i pacjentami – przykłady można już niestety mnożyć, na liście jest m.in. szpital w Grójcu, ale też szpital na warszawskim Bródnie, skąd w nocy z 27 na 28 marca ewakuowano do szpitala zakaźnego dużą grupę pacjentów z potwierdzonym zakażeniem koronawirusem.

Po drugie, badania PCR powinny dotyczyć wszystkich skierowanych na kwarantannę. A nawet, jak mówi prof. Solnica, tych, którzy znajdują się pod nadzorem epidemiologicznym. O objęciu wszystkich kierowanych na kwarantannę testami mówił zresztą sam minister zdrowia, gdy w Polsce pojawiły się pierwsze nieimportowane przypadki zakażenia koronawirusem. Jednak takich testów dla osób podlegającej obowiązkowej kwarantannie nie ma – wystarczy zestawić dwie liczby: do tej pory, od początku gdy w ogóle zaczęliśmy testować próbki na obecność koronawirusa, wykonano ich (do soboty 28 marca) 38 674, zaś osób objętych kwarantanną (na 27 marca) było niemal 100 tysięcy. 161 tysięcy osób zostało zgłoszonych do kwarantanny po powrocie zza granicy. Do tego dochodzą ci, którzy już kwarantannę zakończyli.

Dlaczego ciągle, mimo nawoływań WHO i rodzimych ekspertów do stosowania strategii powszechnych testów, upieramy się przy potwierdzaniu testami przypadków zakażenia? Gdy WHO mówi: „Testing, testing, testing!” polscy decydenci mogliby odpowiedzieć „Money, money, money”. Albo – jak w napoleońskiej anegdocie: „po pierwsze, nie mamy armat”, przy czym lista tego, czego nie mamy, jest dłuższa: wystarczających pieniędzy, kadr, sprzętu. Najmniejszym problemem jest podaż samych testów: wszystko wskazuje, że ich brak na rynku jest już problemem zażegnanym.

Na pewno brakuje nam laboratoriów, w które przez lata nie inwestowaliśmy. Brakuje diagnostów laboratoryjnych – z tego samego powodu. W dodatku, jak mówią eksperci, Polska na własne życzenie straciła co najmniej kilka tygodni – czyli praktycznie cały luty, gdy już było jasne, że sytuacja w Chinach jest poważna i nie ma mowy o lokalnej epidemii. – Wtedy trzeba było prowadzić rozmowy, szerokie, również z prywatnymi firmami, prowadzącymi laboratoria. Gromadzić sprzęt, kupować testy – mówią eksperci.

Diagności laboratoryjni przestrzegają przed chęcią pójścia na skróty i korzystania z coraz bardziej dostępnych szybkich testów, przynajmniej dopóki nie są to testy molekularne, czyli sprawdzające obecność białka wirusa w pobranej próbce. Takie testy mają się pojawić w Polsce, jak wynika z zapowiedzi Ministerstwa Zdrowia, w kwietniu. Dostępne dziś tzw. szybkie testy sprawdzają jedynie obecność przeciwciał. Z tego względu, jak tłumaczy prof. Solnica, ich przydatność jest ograniczona, podobnie jak miarodajność. Obecność przeciwciał wskazuje na fakt zakażenia (lub już przebytą infekcję), ale wynik ujemny tak naprawdę nie musi dowodzić, że dana osoba się nie zakaziła. Wytwarzanie przeciwciał zależy od wielu zmiennych – m.in. od tego, jak funkcjonuje układ immunologiczny. U osób z obniżoną odpornością organizm może w ogóle nie wytworzyć przeciwciał lub proces może trwać dłużej. – Największym problemem w sytuacji epidemii – wskazują eksperci – są właśnie wyniki fałszywie ujemne, a w przypadku takich testów prawdopodobieństwo zawodności wyniku jest wysokie.

Autor: 
Małgorzata Solecka
Źródło: 

mp.pl

Reklama