Elektryki lądują na złomowiskach, bo nikt ich nie chce naprawiać

Reklama

czw., 01/14/2021 - 20:58 -- MagdalenaL

Rozbite Porsche Taycan Turbo (zdjęcie ilustracyjne) / Fot. auto.dziennik.pl

Setki niemalże nowych aut elektrycznych wypełniają złomowiska w Norwegii. Taniej jest kupić nowe, niż naprawić stare.

Wypadek może, rzecz jasna, trafić się każdemu i nie zawsze jest to nasza wina. Co jeśli kolizja dotyczy młodziutkiego auta? Wówczas właściciel jest zmuszony skorzystać z Automatyzowanej Stacji Obsługi, czyli serwisu świadczącego usługi naprawy i konserwacji pojazdów danej marki samochodu. Drugim problemem jest to, że do „świeżych” modeli często brakuje używanych części. Wówczas naprawa staje się kosztowna. A co z samochodami elektrycznymi?

 

Norweska telewizja NRK wyemitowała ostatnio obszerny materiał dotyczący nietypowego zjawiska złomowania prawie fabrycznie nowych pojazdów elektrycznych, których nie opłaca się naprawiać. Ta sama telewizja podaje, że tylko w 2019 roku w wypadkach w Norwegii uczestniczyło blisko 1400 zelektryfikowanych aut. Połowa z tych samochodów była pojazdami tylko elektrycznymi, z napędem akumulatorowym. W ich przypadku właściwie każda kolizja kończy się orzeczeniem o szkodzie całkowitej. Znaczy to tyle, że samochody, które mogłyby służyć jeszcze przez długie lata, masowo kończą żywot w zgniatarce, a w najlepszym wypadku na złomie.

Jak twierdzi cytowany przez NRK właściciel stacji demontażu pojazdów, rocznie utylizującej około 2,5 tys. aut, powodem absurdalnej sytuacji są, stymulujące sprzedaż nowych aut, przepisy dotyczące elektrycznych pojazdów. Mówią one o tym, że kupując elektryczne auto, nabywcy zwolnieni są nie tylko z podatku VAT (stawka 25 proc.), ale też, wybierając np. Teslę, cła.

Kontrastując, na auta spalinowe obowiązują wysokie podatki. W efekcie Norwegia urasta dziś do miana elektrycznej potęgi, ale nie wynika to ze "świadomości ekologicznej" społeczeństwa, choć tak wyglądałoby to na zabieg bardzo szlachetny, ale z prostej kalkulacji. Za najnowszego Volkswagena ID.3 zapłacić trzeba w lokalnych salonach mniej, niż za bazowego Golfa! W Polsce, gdzie ceny aut nie są sztucznie zaniżane, ani zawyżane, ID.3 jest dwa razy droższe od Golfa.

Sęk w tym, że w razie kolizji, za części do elektrycznego auta zapłacić już trzeba pełną kwotę. Tu jest pies pogrzebany, bo w efekcie według szacunków właściciela stacji demontażu, co trzeci elektryczny pojazd ląduje pod zgniatarkę, mimo że uszkodzenia wcale nie dyskwalifikują takiego pojazdu z dalszego użytku. Pracownicy złomowiska nie kryją oburzenia, gdy do zgniatarki trafia np. trzyletnia Tesla z uszkodzonym bokiem czy rozbitym frontem. To czyste marnotrawstwo i wymuszona ekologia, która ładnie wygląda tylko na zewnątrz.

Całe to zjawisko jest oczywiście wynikiem zbyt drogich cen części do aut elektrycznych. Według norweskich przepisów szkoda całkowita orzekana jest, gdy koszty naprawy przekraczają 60 proc. wartości pojazdu. Zaś w ASO nikt nie próbuje minimalizować kosztów, tylko wymienić jak najwięcej części i zarobić na kliencie. Jak to wygląda na przykładzie? Jeżeli w wyniku zderzenia uszkodzony zostanie np. układ chłodzenia akumulatorów (chociażby z uwagi na mocny wstrząs), serwis zakwalifikuje do wymiany całą baterię, co oczywiście podbije koszty, a trzeba mieć jeszcze na uwadze konieczną pracę blacharza oraz lakierowanie. W ten sposób zwykle okazuje się, że nawet niewielkie kolizje skutkują wydaniem na elektryczne auto "wyroku śmierci". Bo taniej jest kupić nowe, niż naprawiać stare.

 

 

Według cytowanego przez NRK Toma Grønvold’a, właściciela stacji demontażu pojazdów, wiele elektrycznych aut, które trafiają do niego z nakazem demontażu, można by naprawić korzystając wyłącznie z zalegających w punkcie demontażu części odzyskanych z innych pojazdów! Te zgodnie z prawem mogą przecież trafić na rynek wtórny. Teoretycznie więc dałoby się takie pojazdy naprawiać, gdyby nie fakt, że nikt nie zaprząta sobie tym głowy, bo autoryzowane serwisy, na które skazani są nabywcy (np. ze względu na źródła finansowania) nie mogą przecież korzystać z części używanych. Takie działanie byłoby również nielegalne. Jeśli zakład ubezpieczeń zadecydował już o złomowaniu, dla auta nie ma ratunku, a kierowca musi się rozglądać za nowym.

Autor: 
Mateusz Rymiszewski
Źródło: 

motoryzacja.interia.pl / Fot. auto.dziennik.pl

Reklama